Niby żyję. Niby mam się dobrze. Nic mi nie dolega. Mam cudownego faceta, który zrobi dla mnie wszystko i jeszcze więcej. Mogę zawsze liczyć na moje kochane, zwariowane przyjaciółki, które jednym gestem potrafią mnie rozweselić w nawet najbardziej podły dzień. Chodzę do pracy, która daje mi satysfakcję i którą uwielbiam. Robię w życiu coś, co lubię i jeszcze dostaję za to pieniądze. Udało mi się osiągnąć niezależność, o której tak marzyłam. Jestem świadoma stabilizacji, która jest ważnym elementem mojego życia. Jestem zdrowa. Nie mam powodów do narzekania. Mam wszystko, co jest potrzebne do szczęścia.

A jednak wciąż czegoś mi brakuje. Cały czas czuję się, jakbym była trochę z boku. Jakby to moje życie wcale nie było moje. Wciąż czekam na coś, co dopiero ma nadejść. Czuję się jak obserwator swojego życia. Jakby to, co dzieje się teraz było tylko snem, a ja myślę, że się obudzę i dopiero zacznę żyć naprawdę. Jak Śpiąca Królewna, która zbudziła się po pocałunku przystojnego księcia.

 

Mój Książę nie przyjdzie. Nie dotknie moich warg swoimi słodkimi ustami, a bajka nie skończy się słowami: I ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE…

Straciłam szansę na przebudzenie…? :(